Kiedy zaczęłam stosować Metodę Potrójnego Działania, nie spodziewałam się, że wzbudzi ona takie zainteresowanie.
Wszystko zaczęło się od mojej sąsiadki, 63-letniej emerytowanej nauczycielki. Kobiety, która nigdy nikogo o nic nie prosiła.
Pewnego wieczoru zapukała do moich drzwi.
„Cokolwiek ostatnio zmieniłaś w swojej pielęgnacji, musisz mi o tym opowiedzieć. Za miesiąc mój syn bierze ślub, a ja nie mogę znieść myśli, że znowu będę unikać wszystkich zdjęć”.
Od lat zmagała się z widocznymi workami pod oczami. Były tak uporczywe, że przestała spotykać się z przyjaciółkami na kawie i od dwóch lat unikała rodzinnych fotografii.
Wydała już tysiące złotych na zabiegi, po których nie zobaczyła poprawy, na jaką liczyła.
Przestała chodzić na spotkania klubu książki. Coraz rzadziej wychodziła z domu.
Później dowiedziałam się, że rozważała nawet kosztowną operację, choć bardzo bała się samego zabiegu i możliwych powikłań.
Wtedy opowiedziałam jej o czymś, czego sama niedawno się dowiedziałam.
O trzech różnych potrzebach delikatnej skóry wokół oczu.
O mikroprądach, pielęgnacji ukierunkowanej na przejściową opuchliznę i czerwonym świetle LED.
O tym, że zamiast bez końca kupować kolejne kremy, można zainteresować się innym podejściem do codziennej pielęgnacji.
Pokazałam jej urządzenie, które pozwalało połączyć te elementy w jednej, krótkiej rutynie.
Zaledwie 10 minut dziennie.
Nie obiecywałam jej cudu.
Nie mogłam zagwarantować, że uporczywe worki pod oczami całkowicie znikną.
Ale po raz pierwszy od dawna miała poczucie, że istnieje coś jeszcze, czego wcześniej nie próbowała.
Kiedy spojrzała w lustro, przez chwilę milczała.
Potem powiedziała coś, co szczególnie zapadło mi w pamięć.
„Wiesz, czego najbardziej mi brakuje? Tego, żebym mogła spojrzeć na swoje zdjęcie i znowu zobaczyć po prostu siebie”.
I nagle zrozumiałam, że nie chodzi wyłącznie o wygląd skóry.
Chodzi o kobiety, które przestały rozmawiać z wnukami przez kamerę, bo wstydzą się swojej twarzy.
O wdowy, które chciałyby znów kogoś poznać, ale czują, że przez ostatnie lata postarzały się o całą dekadę.
O kobiety po 60. i 70. roku życia, które od lat nie pozwalają nikomu robić sobie zdjęć.
Nie chcą wyglądać na 25 lat.
Chcą po prostu przestać wyglądać na wiecznie zmęczone.
Nie chodzi o ukrywanie wszystkiego pod korektorem.
Ani o kolejne zapewnienia, że trzeba po prostu zaakceptować swój wygląd.
Chodzi o możliwość zadbania o siebie w sposób, który wcześniej nie był brany pod uwagę.
I właśnie wtedy zaczęłam się zastanawiać, dlaczego tak niewiele kobiet słyszało o takim podejściu.